Niedziela
Rok 1944, niedziela, 15 sierpnia: w Warszawie 15. dzień Powstania. My w Sokolnikach nawet tego nie wiemy. “My” to Franciszek Łapaj i ja. On jeden z dorosłych mężczyzn rozmawia ze mną jak równy z równym. Przyjaźnimy się od pamiętnej historii z nartami. A teraz wyszedł przed dom, zobaczył, że siedzę na ławce z książką, przywołał mnie gestem dłoni. - Nie szło się przedrzeć do Warszawy, wszyscy nasi powracali dziś w nocy - komunikuje mi szeptem, choć ludzie już przeszli na sumę i puściuteńko wokół.- Byli jacy partyzanci na drugiej mszy? - pyta, bo my z mamą chodzimy na drugą mszę, a Łapaj z żoną na pierwszą. - Byli, ale nie nasi, chyba od “Twardego”, nie znam ich. To znaczy, że w Warszawie może być źle? - popadam w popłoch. - Nie, nie! To znaczy, że posiłki nie są już potrzebne. Powstańcy Ruskich dawno przeciągnęli z Pragi przez Wisłę. Podaliśmy im ręce. Teraz walki toczą się w mieście, a zaraz zobaczymy tu uciekających Szkopów. Teraz Armia Krajowa poprowadzi ofensywę aż do spotkania z Aliantami. W Berlinie widzi mi się. Ruscy dowódcy pewnie pamiętają, jakie w dwudziestym roku pod Warszawą dostali lanie, polskie wojsko szanują bardziej niż swoje. Bo ruski żołnież nie posiada ducha patriotyzmu. Głupi jest i strachliwy. A co o tym mówi twój ojciec? - Nie wiem - kłamię - nie przychodzi do domu.- I zaraz kłamię po raz drugi, bo Łapaj pyta o książkę, którą ściskam pod pachą, a nie książka to jest, lecz gruby zeszyt, w którym, zanim zaczęliśmy tę rozmowę, zapisałam: ” 15-ty sierpnia. Najpiękniejszy dzień lata. Niebo przejrzyste,bez jednej chmurki, lekki wietrzyk kołysze…” - Słówka łacińskie - łżę bez zająknienia (przy wyrazach na “s” zazwyczaj się jąkam) i wracam na swoją ławkę. Patrzę na wprost, na nasz drewniany kościółek na górce. Ludzi się dziś naszło co niemiara, przy głównym wejściu i przy zakrystii stoją na zewnątrz, teraz klękają, słyszę potrójne dzwonki…
