Logo KMA - Klub Młodych Autorów

Menu główne : [przeskocz]


kwiecień 2009

Obronić Wałęsę?

2009-04-02

W poprzednim wpisie bylo o plakietce z Papieżem Wojtyłą.

Tę plakietkę dostałam 15 grudnia 1980 roku. Odbywał się wówczs Kongres Stronnictwa Ludowego, a w Auli Politechniki  zjazd wszystkich związków solidarnościowych, w którym uczestniczyłam i zgłosiłam postulat, aby nie łączyć i nie likwidować wiejskich gmin. Wniosek w sprawie gminy Irządze juz leżał złożony w Radzie Państwa, a kopia w MSWiA. Bo to był ostatni akt uczynienia z wsi “kraju za miastem”, poprzez dołączenie wiejskich gmin do miast i miasteczek /w przypadku Irządz do Lelowa/. Mój postulat wywarł wielkie wrażenie na delegatach, bo owo łączenie trwało juz od 1976 roku! Rzucili się do mnie, żeby im wytłumaczyć, jak te zlikwidowane gminy przywrócić. Zagraniczni dziennikarze też. Francuzi w mig pojęli, o co chodzi, bo francuski ustrój rolny też jest fatalny, tyle że ratuje ich świetny klimat, ale Duńczyk nic nie kapował i juz po tym zjeździe dwukrotnie się ze mna spotykał z tłumaczem. Ale o tym będzie w książce /jeśli ją napiszę/. No i wtedy dostałam owa plakietkę z zachętą, zeby nie odpuszczać sprawy i wierzyć, że - Papież pomoże. Chyba pomógł? Niestety, ja po 1989 roku zawiodłam. Kiedy w “Gazecie Wyborczej” zobaczyłam, jak sie sprawy układają, ku czemu to wszystko zmierza, zachowałam sie podobnie jak Wałęsa: on odebrał “Gazetce” znaczek Solidarności, ja odeszłam z pracy, oświadczając, że “Nie będe sobie psula nazwiska”. A zaraz potem złamałam biodro i - przez pół roku siedziałam na wózku w kawalerce na III piętrze. A kiedy zaczęłam kuśtykać, dostałam propozycję: napisać “Czarną Księgę” przeciwko Wałęsie, bo właśnie walczył z Tymińskim w drugiej turze o prezydenturę.

Tak, tak, Panie Lechu! I bardzo by się Pan zdziwił, gdybym powiedziała, kto ze znanych do dziś “polityków” mi to zaproponował. “Dziękuję,nie skorzystam, to nie dla mnie”. A przerażona takim stanem rzeczy zaedzwoniłam do “Gazetki”, że moge mieć materiały z Peru o tym, ze Tymiński jest nasłaną przez KGB wtyką, zeby w Polsce zamieszać. Helenka bodaj /przepraszam, jeśli to był kto inny/ odpowiedziała, że redakcji nie interesuje taki materiał. No to damy sobie z tym wszystkim spokój. “Na wszystko jeszcze raz popatrzę…” I tak sobie patrzę, a lata mijają.. Niestety. Byłam i jestem na to wszystko za słaba. Nie jestem człowiekiem walki. Nie mam charyzmy, nie mam blasku. Przepraszam.

Niedziela

2009-04-01

Rok 1944, niedziela, 15 sierpnia: w Warszawie 15. dzień Powstania. My w Sokolnikach nawet tego nie wiemy. “My” to Franciszek Łapaj i ja. On jeden z dorosłych mężczyzn rozmawia ze mną jak równy z równym. Przyjaźnimy się od pamiętnej historii z nartami. A teraz wyszedł przed dom, zobaczył, że siedzę na ławce z książką, przywołał mnie gestem dłoni. - Nie szło się przedrzeć do Warszawy, wszyscy nasi powracali dziś w nocy - komunikuje mi szeptem, choć ludzie już przeszli na sumę i puściuteńko wokół.- Byli jacy partyzanci na drugiej mszy? - pyta, bo my z mamą chodzimy na drugą mszę, a Łapaj z żoną na pierwszą. - Byli, ale nie nasi, chyba od “Twardego”, nie znam ich. To znaczy, że w Warszawie może być źle? - popadam w popłoch. - Nie, nie! To znaczy, że posiłki nie są już potrzebne. Powstańcy Ruskich dawno przeciągnęli z Pragi przez Wisłę. Podaliśmy im ręce. Teraz walki toczą się w mieście, a zaraz zobaczymy tu uciekających Szkopów. Teraz Armia Krajowa poprowadzi ofensywę aż do spotkania z Aliantami. W Berlinie widzi mi się. Ruscy dowódcy pewnie pamiętają, jakie w dwudziestym roku pod Warszawą dostali lanie, polskie wojsko szanują bardziej niż swoje. Bo ruski żołnież nie posiada ducha patriotyzmu. Głupi jest i strachliwy. A co o tym mówi twój ojciec? - Nie wiem - kłamię - nie przychodzi do domu.- I zaraz kłamię po raz drugi, bo Łapaj pyta o książkę, którą ściskam pod pachą, a nie książka to jest, lecz gruby zeszyt, w którym, zanim zaczęliśmy tę rozmowę, zapisałam: ” 15-ty sierpnia. Najpiękniejszy dzień lata. Niebo przejrzyste,bez jednej chmurki, lekki wietrzyk kołysze…” - Słówka łacińskie - łżę bez zająknienia (przy wyrazach na “s” zazwyczaj się jąkam) i wracam na swoją ławkę. Patrzę na wprost, na nasz drewniany kościółek na górce. Ludzi się dziś naszło co niemiara, przy głównym wejściu i przy zakrystii stoją na zewnątrz, teraz klękają, słyszę potrójne dzwonki…